META!!! Kibicujemy Marzenie! Trans Am Bike Race, czyli 4300 mil przez 10 stanów USA :: aktualizacja 07-07-2018


kot01

Pochodząca z Wierzenicy Marzena Szymańska bierze udział za oceanem w niesamowitych zawodach kolarskich  /oprac. x. Przemysław Kompf/

W poniedziałek 28 maja Marzena Szymańska poprosiła mnie o specjalne błogosławieństwo. Powiedziała: jutro wyjeżdżam do Stanów Zjednoczonych i będę brała tam udział w kilkutygodniowych zawodach kolarskich. O udziale w tym wyścigu marzyłam od lat i przygotowywałam się do niego długo. Do przejechania będzie około 6745 km zaczynając w miejscowości Astoria na zachodnim, a kończąc w Yorktown na wschodnim wybrzeżu Ameryki. Trasa wiedzie przez 10 stanów. Mam nadzieję, że uda mi się to zrobić w ciągu 2 miesięcy. Wyścig nazywa się „Trans Am Bike Race 2018”. Zawodnicy jadą indywidualnie wyznaczoną drogą. Każdy sam wyznacza sobie ile kilometrów przejedzie danego dnia. Sam też organizuje sobie nocleg i zabezpiecza jedzenie.

Oczywiście Marzenę pobłogosławiłem, życząc nie tylko udanego startu ale także szczęśliwego powrotu. Ponieważ wiedziałem, że będzie utrzymywała kontakt z najbliższymi, poprosiłem ją by także dla naszych czytelników przysyłała krótkie relacje z tej swojej życiowej wyprawy. Za pośrednictwem jej siostry Beaty dotarły do mnie pierwsze zapiski z tego wyjazdu. Zamieszczamy tekst bez poprawek. Pisane to było wszystko zapewne w mało komfortowych warunkach.

3.06.2018
Dziś 263 km i 2554 m w pionie. Od samego początku wspaniałe widoki. Pacyfik zrobił na mnie ogromne wrażenie. Na trasie spotykałam się z Alaina z Anglii. Oraz z Markiem, który pochodzi z tych stron. Raz po raz spotykam też innych zawodników, ale nie znam ich jeszcze z imion. To był piękny, sloneczny dzień. Zimny wiatr sprawił jednak, że cały dzień jechałam w nogawkach i rękawkach. To tyle na dziś, śpię w namiocie na granicy dwóch pól. Słychać niestety hałas z ulicy. Dobranoc
 
4.06 2018
Spałam na samiutkiej przełęczy McKenzie, na wys. Ponad 1600 n.p.m. Na top dotarłam jak się ściemniło. Spotkałam tam jadących jako duet ojca i syna. Oni polecieli w dół, a ja się zamelinowałam. Rano zimno, 5 stopni i gęsta mgła. Teraz w kawiarence Sisters jem śniadanie.

Relacja z 05.06.

Mitchell. Był duży podjazd, 500 m w pionie, poszedł . Od mniej więcej południa nic mnie już nie boli. Prawie od startu miałam problem z prawa kostką ( Achilles i jakiś mięsień z boku). Regulowałam bloki w butach wiele razy. Dziś też regulowałam przerzutkę tylną. Do Mitchell był długi zjazd, ponad 500 m w dół. I gdy już myślałam, że w samym dole jest Mitchell, okazało się, że jeszcze trzeba trochę pojechać w górę. Krajobraz się zmienił. Nagle góry są suche i spalone słońcem. Mitchell jak oaza z darmowym jedzeniem dla zawodników :)

06.06
Baker City. Wreszcie! W nogach 3 ciężkie podjazdy. W nocy spałam słabo. A nocleg był w kościele Adwentystów. Poza mną 2 innych zawodników. Jeden chrapał, więc musiałam wstawać i szukać stoperów do uszu. Za to było ciepło. Obudziłam się nieprzytomna. A na zewnątrz 5 stopni zimna. Muszę mówić, że było wrednie? Ubierałam się na raty, miałam ochotę spać po rowach. Straciłam mnóstwo czasu. Potem piłowanie podjazdów. Długie i wyczerpujące. Po drodze pusto. Nic. Raz po raz jakaś farma, nawet nie wiem, czy czynna. Jak jakiś koniec świata. Na stacji teraz jestem. 

06.06
Po 32 km dotarłam do Richland, czekam na śniadanie. Dziś opuszczę stan Oregon i wjadę do Idaho. Wczoraj, aby zjeść śniadanie, musiałam przejechać 50 km. Przed śniadaniem, aby przetrwać jadam batoniki i… chipsy. Tak, Tak, stary nałóg chipsowy wrócił. I nie mam wyrzutów sumienia. :) Pogoda cały czas doskonała. 

7.06.
No więc mnie dopadło. Burza w górach. Podjazd na przełęcz White Bird bardzo sprawnie. Jednak im wyżej byłam, tym więcej widziałam. Sine góry. To niczego dobrego nie wróżyło, więc dociskałam z nadzieją, że zdążę przed nawałnicą. Nie udało się. Na 1250 m zaczęło się. Chwilę siedziałam pod jakimś iglakiem, do końca podjazdu brakowało tylko
80 m. Widząc, że to się rozkręca, wsiadałam na rower i przed siebie. Szybko do góry i ostry zjazd. Kto robił coś takiego, ten wie. Górska, kręta droga, deszcz, burza, żwir i asfalt. To trudne warunki a długi zjazd. Grangeville osiągnęłam w ulewie. Niebo sine. Siedzę na dużej stacji paliw i dochodzę do siebie.

8.06.
Po wczorajszej nawałnicy doszłam do siebie na stacji i… ruszyłam dalej. Dojechałam już w ciemnościach do Kooskia. Spotkałam tam Genevieve spacerującą ulicą. Mówiła, że ona i jeszcze 2-chłopaków mają noc w hotelu. Zapraszała, jeśli nic nie znajdę. Szukałam najpierw kościoła. Było koło 22, gdy na stacji pytałam o kościół, byli w szoku, że o takiej porze szukam kościoła :-) wszystkie były zamknięte, wiec poszłam spać na pocztę. Ciepło, ale niestety jasno. W nocy ktoś raz przyszedł do skrzynki. Od rana podjazd. 167 km jazdy pod górę. Najpierw łagodnie, a na koniec na ostro. Upał mnie zabił. Spać będę w Lolo. Opuściłam dziś stan Idaho i wjechałam do stanu Montana.

 10.06.
Wczoraj pośród burz i deszczu dotarłam do Jackson. Mała wioska, miała być poczta, były tylko skrzynki na listy :-). Kościół zamknięty. Wioska w mroku, przez nawałnicę wyłączyli prąd. Mrok i dźwięk dzwoneczków pośród szalejącej pogody. Na progu hoteliku dziewczyna z latarką. Kto? Geneviève Arcand, wyszła mi na powitanie, mówiąc, że poza skrzynkami nie ma poczty. W hotelu świeczki, nastrojowo! Pięknie. Rano spałam długo. Wszyscy, poza ALaina jeszcze tu byli. Na zewnątrz delikatnie padał śnieg… Dziś dzień zimny i z bardzo silnym wiatrem. Teraz jestem w Ennis i jem. Zjazd tu miał prawie 20 km długości. Trudny, bo z wiatrem bocznym. Widoki porażająco piękne. To wspaniałe, że mogę tu być.

12.06.
Wczoraj do końca dnia jechało się wrednie. Wyjechałam ze stanu Montana i wjechałam do Wyoming. W Yellowstone potwornie wiało, prawie zwiewało mnie z drogi. Widoki piękne, ale to jednak jest wyścig, więc nie było czasu by zobaczyć coś więcej. Do końca dnia było też zimno i z mżawkami. Spałam na poczcie (po raz 3) w Grant Village. Rano bardzo zimno, -3. Niebo błękitne. Teraz jestem w Dubois i czekam na obiad.

13.06
Wczoraj kompletnie wywiana i przegrzana odpoczywałam w Mudy Gap. Spotkałam tam Georga, który z sakwami robi poza wyścigiem trasę TransAm. Mile pogadaliśmy. A potem ruszyłam w drogę do Rowlins. Wieczór i wczesna noc przyjemne, bo bez upału i bez wiatru. Gdy zmieniałam baterie w spocie, zatrzymała się przy mnie policja stanowa. By zapytać, czy wszystko ok :-). Noc na poczcie. Teraz śniadanie w McDonald. Obrzydliwe. Słodka bułka z bekonem i jajkiem. 

14.06
Jest potworny wiatr. 8 km prowadziłam rower, bo mnie przewracało i wywiewało na środek drogi. Przez kompletne pustkowia. Miły pan z pick upa zatrzymał się i dał mi wodę. Kilkadziesiąt km dalej od 3 dni szaleje pożar. Moja droga ponoć otwarta. Powietrze jest tu bardzo suche. Mam od tego problem z nosem. Popękana śluzówka, boli, szczypie i krwawi. Nos oczywiście zapchany. Byłam więc znowu w aptece, bo w zwykłym sklepie wszystkie spray’e do nosa wyprzedali. Idą jak woda. Jestem wysoko, ponad 2000 m n.p.m.
Wczoraj długo siedziałam w Saratoga. Najpierw frytki, potem apteka, a na końcu muzeum z wifi. Dziewczyny odpowiadały, ze w Wyoming bywa jeszcze gorzej. Bałam się wyjść na ten wiatr, ale wyszłam. Dotarłam do Riverside, a potem już częściowo po ciemku do Cowdrey, na pocztę spać. Po ciemku nie było fajnie, na granicy stanu Wyoming i Colorado jakieś zwierzęta piskliwie i wściekłe szczekały. Dziś rano musiałam regulować przerzutkę tylna. Poważniejsza regulacja, bo musiałam naciągnąć linkę. Robiłam to po raz pierwszy w życiu i… udało się! Teraz śniadanie w Walden

15.06
Z nosem jest źle. Krwawi, boli. Twarz. Mam cały czas osłonięta. Generalnie czuję się źle. Od wczoraj non stop powyżej 2000 m. Dziś byłam na 2900. Źle mi się zrobiło ok. 2800. Głowa mnie rozbolała i musiałam robić odpoczynki na zjeździe. Zresztą zjazd był marny, bo pod wiatr i rower nie chciał jechać. Chcę być już niżej wreszcie. Tu nie czuję się dobrze.

16.06
Spałam w namiocie, na miejscu postojowym dla samochodów. Dookoła kręciły się burze, ale żadna na mnie nie spadła. Mocno w nocy wiało i szarpało mi namiotem. Czuję się niezmiennie źle. Jadę, bo idzie załamanie pogody, a wtedy to będzie tu jeszcze gorzej. Nawet wolę sobie tego nie wyobrażać, na tej wysokości. Teraz jestem w Silberthorne i na stacji jem śniadanie. Okropne to jedzenie. Jem tylko dlatego, że trzeba jeść. Z nosa wydmuchuje skrzepy. Ja chce być już niżej. Głowa mnie boli. Jak wrócę do domu, to nadal będę jeździć rowerem. Ale tylko z wiatrem w plecy, oczywiście oraz tylko po płaskim, na małych wysokościach. 

16.06 
Mam mdłości. Jest tu dziwnie. Chłodne powietrze, ale duszno i parno. Czuję się jak lekko pijana. Jestem na 2800. Miejscowi ludzie jeżdżą tu na rowerach. Szybko. I jakoś nie zatrzymują się na każdej górce dla złapania oddechu. O mamo, kiedy koniec? Siedzę na trawie teraz i odpoczywam. Jestem zmęczona.

Nie myślałam, że będzie tak źle. Byłam w klinice medycznej, w sklepie rowerowym (miły pan gratis zrobił porządek z moją przerzutka tylna). Z nosem dramat. Szkoda nawet gadać. Bolą aż zatoki czołowe. Powyżej 3000 m miałam już problemy z oddychaniem, jakby ktoś mi coś położył ciężkiego na klatce piersiowej. Próbowałam oddychać na różne sposoby. Nic. Na samej przełęczy zawroty głowy. Musiałam posiedzieć. Podjazd nie trudny, ale wysokość mnie zabiła. Częściowo z musiałam iść pieszo. Ostatnie 20 m chciałam honorowo wjechać rowerem, ujechałam 10 m i dalej nie dałam rady. Rowerem i pieszo. Kazimierz Nowak byłby dumny.

17.06
Zjazd był w całości pod wiatr, więc trzeba było popracować. Początek w deszczu, w dużym ruchu samochodów. Potem były małe podjazdy. Zatrzymywałam się kilka razy. W Fairplay, na jedzenie, potem w Hardshel w sklepie. Cały czas czując się źle. Reszta zjazdu za Hardshel to był… długi, delikatny podjazd pod wiatr. Może z 20 km. Szarpałam tam mocno i naciągnęłam jakiś mięsień z tyłu lewej łydki. Boli. Potem zrobiło się ciemno i zaczął się zasadniczy zjazd. Szybki do Wnhill po ciemku. Z tego zapamiętam Colorado. Z jazdy w ciemnościach oraz z… łosi. Spałam 14 km przed Canyon City, na nieczynnym kempingu. W damskiej przebieralni. Teraz w Canyon City jem śniadanie.

17.06
Z wiatrem jest tu katastrofa. Dojechałam do Ordway. Szedł chyba front, ciemne chmury. Jak zaczęło wiać, rzucało mnie po całej ulicy, na szczęście pustej. Zamiast na równaniach gnać, to czołgam się pod wiatr,
albo walczę z wiatrem bocznym, by w ogóle utrzymać się na rowerze. Masakra. W nosie nadal Sahara. Tu jest gorąco. O 17.30 było 38 stopni w cieniu. Łydka nadal ciągnie, zwłaszcza, gdy wsiadam na rower po postoju. 

18.06.
W Eads, to chyba było w Eads, po raz pierwszy na tym maratonie moczyłam ubranie zimną wodą. Ulga od upału była na ok. 20 minut :-). W stanie Kansas latają obrzydliwe muchy. Niezbyt duże, ale gryzą! Wystarczy się zatrzymać na minutę i można stać się dla nich obiadem. 
Jestem teraz w Tribune, mam na liczniku prawie 200 km i jem pizzę. Wiatr dziś zmienny. Ale nie przewraca mnie. Doceniam to, oczywiście. Czuję się dość zmęczona. 

19.06.
Wczoraj dojechałam do Leoti. Było to o zmierzchu. Czułam się zmęczona upałem i wiatrem. Wiatr przeszkadza już od kilku dni. Dziennie robię ok 200 km. A to oznacza, że wiatr przeszkadza od kilkuset kilometrów. Można mieć dość. Noc na poczcie. Poczta w centrum, taka bez zakamarków, myślę, że było mnie widać z ulicy. W dodatku co chwilę ktoś wchodził po listy. Raz nawet zostałam obudzona, bo moje legowisko zastawiało komuś dojście do skrzynki. Chyba pół miasta mnie widziało. 
Wstałam po 3. Ok. 4 na rowerze. Długo było ciemno, zapomniałam, że była zmiana strefy czasowej. W nosie mam chyba pamiątkę po wysokich górach. Tam musi być rana, bo dziś znowu skrzep, a za nim krwotok. Wystraszyłam się nieco. Jadę więc od Scott City pomału. No trudno, widocznie organizm potrzebuje czasu. Ulice zrobiły się ruchliwe. Jeżdżą tu big trucki. Przewożą ponadnormatywne ładunki. Jeden nawet wiózł drewniany dom, w całości! Gdy jedzie coś takiego z obu stron, to trzeba uciekać z ulicy. Nie jest zbyt bezpiecznie. 
Jest też dużo koników polnych. Są nawet w sklepach i na poczcie. Plaga. 
Na zewnątrz gorąco, w sklepach, na stacji zimno od klimy. Ludzie walczą z upałem. Wyobraźcie sobie, że trudno tu kupić zwykłą, ciepłą herbatę. Pełno kawy i słodkich, gazowanych napojów, a z herbatą problem. Trudno też kupić smaczny, prosty posiłek. Zjadłabym polski chleb albo normalny obiad. Prawie nie ma tu owoców, z jogurtami też słabo. W Polsce są teraz moje ulubione czereśnie. W sezonie zwykle zjadałam 2 kg dziennie. A tu owocowa pustynia. Ze Scott City puściłam się do Ness City. Spiekota straszliwa. Ok. 50 km w pełnym słońcu, bez cienia, pod 40-stopni gorąca. To było straszne. Myślałam, że nie dojadę i padnę na trasie. Z 15 min. siedziałam pod jakimś starym silosem, w skrawku cienia. Od ponad godziny jestem w Ness City. Nie ruszę się stąd, aż ten żar nie minie. 

Z Ness City pojechałam jeszcze do Bazine. Za mną były chmury burzowe, ale z prognozy pogody wnikało, że idą pomału. Słońca nie było już widać, więc i spiekota mniejsza. Miałam silny wiatr boczny. Zdążyłam do Bazine. Zapuściłam korzenie w sklepiku / stacji. Dość dziwne, ale miłe miejsce. Właściciel mówił, że za godzinę zamyka, ale mam się nie bać, bo na nawałnice mnie nie wyrzuci. Zapytał czego się napije i gratis dał mi Gatorade! Burza szła powoli. Następna miejscowość, Alexander, była za 8 mil. Pojechałam. Ujechałam może z 3 km, gdy zorientowałam się, że popełniłam błąd. Burza była tuż nade mną. I wtedy… przy drodze spotkałam Boga. Na wzgórzu zobaczyłam wielki napis: Christ pilot me. I wiedziałam już, że będzie dobrze. W szalonym wietrze, bez kręcenia, jechałam 38 km/h, zrobiło się zimno i sino od piachu unoszącego się w powietrzu. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. To było wstrząsające. W Alexander miejsce postojowe ,rest area,. W tym rejonie prawie tego nie ma. Budynek, klimatyzowany, z łazienkami. Czysto, wszystko nowe. Zostałam na noc. Rano od 5 na rowerze. Teraz jestem w Larned, jem śniadanie. Jest obrzydliwe, jak prawie codziennie.

20.06.
Eureka! To takie miasto :-) 120 km od rana do teraz. Tu zjem obiad. Wieje mocno. Z tyłu, ale jest to tak silny wiatr, że wystarczy, że droga lekko skręci i zarzuca rowerem. Trzeba uważać. Zwłaszcza, że jeżdżą tu big trucki. Dziś zaliczyłam glebę. Na remontowanej drodze, 10 km luźnego żwirku. Nie dało się jechać szybko, próba skończyła się upadkiem. Nocleg miałam na poczcie w Newton. Bardzo przyjemna poczta to była. Rano nawet puścili muzyczkę.

21.06.
Jeszcze przed Newton zaczęłam spotykać kibiców. To było niesamowite! Robili mi fotki, znali moje imię.  Wymawiali je w uroczy sposób: Marzina (r i z jako osobne litery). Było też dwóch szosowców, którzy kawałek pojechali obok mnie. A wczoraj spotkałam super kibickę. Ma na imię Corina Barclay Cox. Była ze mną w markecie i towarzyszyła mi podczas zakupów, a na koniec zrobiła filmik ze mną :-). W Toronto załapałam kapcia. Dużo czasu poszło, bo miałam problem z założeniem z powrotem tylnego koła, w dodatku bardzo wiało. Miałam spać w hotelu w Chanute. Jednak jedząc kanapkę w Subway doczytałam wiadomość od kolegi, który pisał, że mam jechać jak najdalej, bo wiatr ma się odwrócić i będzie rzeźnia. Tak bardzo mi się nie chciało! Do Walnut miałam 40 km. Marzyłam o hotelu i prysznicu. Jednak pojechałam dalej. Gdy zrobiło się ciemno, pojawiły się świetliki. Latało ich dużo. Widok niezwykły, tak jakby gwiazdy na te parę chwil z nieba zeszły tuż nad ziemię. Magia. Warto było jechać do Walnut. Noc na poczcie. 

22.06.
Jestem w sklepie rowerowym w Pittsburg chyba już z 2 godziny. Jest tu przede mną inny zawodnik, który miał złamaną szprychę. Ale serwisują mu chyba calutki rower, bo to trwa nieskończenie długo! Byłam w międzyczasie na poczcie, wysłać ciepłe ubrania do domu. Wróciłam i stan bez zmian – nadal serwisuję inny rower. W moim rowerze ciągle jest problem z przerzutkami, a od Missouri wracają górki. Muszę więc czekać. Złoszczę się, że tak długo to trwa. W końcu wzięli mój rower na warsztat. To duże regulacje, takie z którymi sama bym sobie nie poradziła. Dobrze, że tu jestem.

22.06
Jestem już w stanie Missouri. Golden City. Cukiernia. Dobrze, że dałam zrobić ten rower. Bo sporo górek.

23.06.
Jestem w Ash Grove u Mike i Wendy Dawis. Oni lubią ten wyścig i kochają kolarstwo. Prawdziwi pasjonaci! Mike wczoraj wyjechał mi na spotkanie i pilotował do hoteliku. Ale zanim ruszyliśmy dostałam pyszną kanapkę. Tu też jest pełno świetlików :-). Potem zostawiłam rower i w trójkę udaliśmy się na zakupy. No i w końcu wzięłam prysznic!! Dostałam też piękną pamiątkę (fotka). Teraz śniadanie i w drogę. Missouri to same ostre górki. No i jeszcze podsumuje Kansas. To tam zdarzyły się wypadki z udziałem samochodów i maratończyków. Ja poznałam inne Kansas. Dobrych kierowców, wyprzedzających z uwagą i dużym odstępem. Gdy trzeba było, wlekli się za mną. Żadnego trąbienia, gazowania silnikiem. Częste uśmiechy, machali mi. Tak zachowywali się też kierowcy big truckow. Był upal, mocno wiało. Miasteczka było widać, jak na dłoni, gdy były z 15 km dalej. Złudzenie, że blisko, a jechało się i jechało :-) . No to teraz Missouri. Mam nadzieje, że tu też będzie fajnie! 

23.06.
Marshfield. Missouri to same górki. Ścianka za ścianką. Od rana mam dziś 76 km i 1087 m pionu. Teraz jestem w McD i jem oraz odpoczywam od ścianek i gorąca. Podszedł do mnie nieznajomy pan. Zapytał, czy jadę przez całą Amerykę. Potwierdziłam. Dał mi 20 dolarów i mówiąc „be safe”, uciekł. Te pieniądze bardzo się przydadzą.

24.06.
Wczoraj dojechałam do Bendavis. Tylko 150 km udało mi się zrobić. Wstałam późno, no i te ściany! W Hartville zjadłam danie śniadaniowe na późny obiad i z nowymi siłami zdobywałam Bendavis. Po drodze spotkałam zamkniętą pocztę. Mocne zaskoczenie :-). Wieczorem znowu świetliki. Dojechałam do miasteczka. Poczty nie było, ale był Kościół Baptystów. Pod Kościołem spotkałam Toni Clark z mężem. Zaprosili do Kościoła na kolację, a potem na noc. Bardzo mile spędzony wieczór. Dziękuję! :-). Poza tym nie dzieje się nic szczególnego. Ściana w górę, ściana w dół i ze sto zakrętów 

24.06.
Wczoraj bardzo ciężki dzień. Rano, za Houston, złapał mnie deszcz, a potem burza z ulewa. Było za to ciepło i nie wiało. Tak aż do Summersville. Tam obiad i w przelotnych deszczach do Eminence. Za tą miejscowością zaczął się ciężki odcinek z wieloma ściankami po naście procent. Niektóre musiałam iść pieszo, bo za ciężko było jechać. Zastanawiałam się nawet, nad tym co ja robię na tak ciężkim wyścigu. Bo to cały czas jest wyścig. Niezależnie od tego, czy idę, czy jadę. W końcu osiągnęłam Ellington. Po prawie 30 km ciągłych ścian. Masakra. Dziura zabita dechami. Ale mieli pocztę. Nie mogłam jej znaleźć. Długo szukałam. Był też motel, ale mnie nie stać. Zostałam na poczcie. Sen długi, bo znowu mam reakcję alergiczna. Coś mnie użądliło przedwczoraj, w okolicach mostka. Czerwone, szczypie, boli, swędzi. Czyli moja norma. Przejdzie pewnie za tydzień.

Jeszcze jakieś 100 km w… ciężkim stanie, Missouri. Nachylenia bardzo duże. Spotkałam 2 chłopaków, którzy jadą trasą wyścigu. Mówili, że jeśli idzie o stromizny, to jest to właśnie najcięższy stan. Oby mieć to już za sobą! Coraz gorzej jest z psami. Jest ich dużo i atakują. Wśród nich też psy podobne do pitbulli i innych amstafów. Najlepiej było wczoraj. Zaatakowało mnie 6 psów. Właściciel to widział, wołał je. A jak nic to nie dało, to… uciekł do domu! Gaz na niedźwiedzie zużyje na psy. Pies to nie jest przyjaciel człowieka. Pies to PROBLEM!!! 

26.06
Wczoraj, przekraczając mostem rzekę Missisipi, opuściłam stan Missouri i wjechałam do stanu Illinois. Miałam na plecach burzę, robiło się ciemno, więc poszłam na pocztę spać. Ładna, zabytkowa poczta i spokojna, nikt nocą nie przyszedł po listy. Rano duchota, burza wisiała nade mną. Ile sił w nogach jechałam do Campbel Hill, zdążyłam w ostatniej chwili. Nawałnica niesamowita. Ponad godzina ostrej burzy. Potem nadal była burza, ale pojechałam. 30 km w burzy do Murphysboro.

27.06.
Wczoraj były jeszcze 2 burze. Jedną przeczekałam na stacji w Goreville. Gdy minęło pierwsze uderzenie, ruszyłam. Druga burza złapała mnie pośrodku niczego. Ale był wiadukt kolejowy i jakieś roboty. Oczywiście wieczorem nie było tam nikogo. Schowałam się w toalecie przenośnej typu toi-toi. To było dobre. Potem w głębokiej szarówce, a następnie po ciemku jechałam w deszczu do Eddyville, na pocztę, spać. Na drodze pełno żabek. Mgły. Świetliki. Było nastrojowo jechać w tym deszczu i ciemności. Rano wcześniejsza pobudka. Ok. 30 km do Elizabethtown, tam dobre śniadanie i jazda na prom na rzece Ohio. Ogromna rzeka. Zaraz po przeprawie, burza. Na chwilę schowałam się pod chatką pilotów. Ale początkowo burza nie była tak silna i ruszyłam. To był błąd. Czasami jest tak, że w życiu podejmujesz ryzykowne decyzje. Potem, żałujesz, ale jest już za późno, by cokolwiek zmienić… wtedy przychodzi pora, by dalej iść przed siebie. Zacisnąć zęby. Nie patrzeć wstecz. Pomimo burz. Marion, McDonald.

29.06.
Wczoraj było deszczowo, burzowo i ciepło. Bardzo duża wilgotność powietrza. Jeśli chodzi o psy, to sposób mam jeden. Bardzo uważnie oglądam wszystkie posesje. Gdy widzę, że pies szykuje się do ataku, to się zwykle zatrzymuje (choć na stromych zjazdach się nie da!!!). To na ogół pomaga. Jak nie pomaga, to psikam w nie gazem na owady, a dalej gazem na niedźwiedzie. Nic się nie zmieniło, nie lubię psów. Żadne inne zwierzęta domowe nie są tak agresywne i napastliwe. Lubię za to koty. Wczoraj spotkałam jednego. W rowie, przy drodze, przed Sebree. Mały kotek z zakrwawionym noskiem. Odstawiłam rower i wyjęłam z rowu tego kota. Trochę mnie ofukał, ale to nic strasznego. Zaniosłam go do pierwszego najbliższego domu. Jakieś 200 m spaceru. Dałam panu, który kręcił się po obejściu. 
Potem były górki i deszcze. Mniejsze stromizny, więc dało się normalnie jechać. Pod wieczór, miałam przygodę na stacji. Zacięły się drzwi od toalety i nie mogłam wyjść! Waliłam ręką w drzwi i wolałam o pomoc. W końcu ktoś przyszedł i mnie uwolnił. 
Potem w nocy jazda do Whitesville. Poczta okropna. Wszystko widać. Na chwilę dołączyło 2 chłopaków z wyścigu, którzy mnie dogonili, ale na szczęście woleli iść spać pod kościół. Tu wpadli doładować elektronikę. Dziś rano czuję się zmęczona. Spałam słabo, bo wiedziałam, że doskonale widać mnie z ulicy. Wczoraj 215 km i ponad 2000 m pionu.

30.06.
Wczoraj dopiero późnym popołudniem poczułam się dobrze po zatruciu, które mnie dopadło. I wtedy zaczęłam normalnie jechać. Dojechałam do New Haven. Wjechałam 2 km w miejscowość, bo tam była poczta. Obok stacja BP, więc super, trochę się umyłam i zrobiłam małe zakupy. Zaczepił mnie miły pan, Mike. Pytał dokąd jadę. Powiedział, że bardzo lubi rowerzystów, że mam pochodzić po sklepie, wybrać sobie coś do jedzenia i on mi to kupi. No to wzięłam 2 banany i gatorade. Potem dał mi jeszcze do portfela resztę, którą wydała pani na kasie. Zapraszał na pizzę (prowadzi pizzerie), ale ja niestety (!!!) zupełnie nie byłam głodna. Noc na poczcie spokojna. O 4 nad ranem przyszedł pan z gazetami i mnie obudził, więc wstałam :-). A potem, przed 5 już byłam na rowerze. Kompletnie ciemno jest tu o 5 rano, bo zmieniłam strefę czasową. No i w tych ciemnościach zaatakował mnie pies wyglądający jak amstaf. Zaczęłam krzyczeć ze strachu i wtedy ten pies na chwilę zgłupiał, a ja zdążyłam go potraktować gazem i zwiać. 
Potem była normalna jazda. Psy raz po raz, ale już nie tak groźnie. Ładny dzień, nie tak gorąco jak wczoraj, więc wilgotność powietrza tak nie przeszkadza. Teraz Burgin i pizza, na liczniku 111 km, godz. 14.

30.06
Między Lancaster a Berea było miejsce dla zawodników TABR. Wiata i domek, na którego tyłach był prysznic. Właściciele dowieźli nawet pizzę. Mówili zgodnie, że za Berea wszystko się zmieni. Przyjdą ostre dłuższe podjazdy i… będzie więcej psów :(. Dlatego, że wschodnie Kentucky jest biedne. Wspaniałe miejsce i dobra regeneracja. Potem 18 mil do Berea. Duże miasto i duża poczta. Od rana Apallachy, początek. Gdyby nie psy, bieda i brud, to byłoby tu tak pięknie. Zgubiłam dziś krem przeciwsłoneczny, nowy, wczoraj kupiony. Już mam nowy. Niestety jestem dość mocno opalona. Ci z Was, którzy wiedzą jak bardzo nie podoba mi się opalenizna, pewnie wiedzą jak bardzo jestem z tego niezadowolona. Ale cóż poradzić. Wyglądam strasznie. Jadę również strasznie. Powoli 

01.07.
Wczoraj, popołudniem zrobiło się gorąco. 38 stopni i pełne słońce. Do tego duże podjazdy w tym skwarze. Mój organizm nie wyrabia w takim upale. Podjazd męczyłam na raty. Do Buckhorn dotarłam ledwo żywa. A tam… sklepik, w którym śmierdziało stęchlizna. Strach było cokolwiek dotknąć. Wziąłem napój i lody. Najgorsze lody w moim życiu. Teraz się z tego śmieję, ale wczoraj byłam wściekła. Potem do Chavies. Była tam poczta, można było nawet zgasić światło. Ale… Nie mogłam tam spać. Poczta była bez klimy, w środku ponad 30 stopni i duchota. Poszłam spać pod kościół. Rozbiłam namiot. 

02.07.
Wczoraj dojechałam do Damascus. Znowu z tyłu była burza, ale tym razem daleko. Dojazd do miasteczka szybki. A tam… kibice TABR  Mary Kvochak Davis i Jerry. Czekali na mnie! Ale to było cudowne! :-) miałam upatrzona pocztę, ale zaprosili mnie na nocleg i prysznic do domu! Znowu jestem czysta :-). Mile spędzony wieczór, noc w prawdziwym łóżku i rano wspólne śniadanie ze wspaniałą gorzką, czarną herbatą. Od rana podjazd długi na 28 km. Przefrunęłam dosłownie nad tą górą! Przyjemny poranny chłodek na to pozwolił. Teraz McDonald, mam 110 km, godz. 15.00. Znowu ta chora spiekota, co odbiera siły :(. Musicie pamiętać, że niezależnie od tego, ile marudzę, jestem bardzo szczęśliwa, że tu jestem. To piękne. Życie jest bardzo proste tutaj: jechać, jeść, pić, spać, walczyć ze zmęczeniem i pogodą i górami. Gdyby tylko takie problemy istniały, to życie byłoby bajką.

02.07. – kolejny wpis
Ojej, ale mi się nie chce! Jestem w McDonald w Meadowview, zapraszają na nocleg do kościoła. A tu jeszcze jasno, wiec trzeba dalej rąbać podjazdy do Damascus. Tam jest poczta. Na tę chwilę 115 km i 2111 m pionu. Serdecznie pozdrawiam całą Wierzenice. Wszystkich Mieszkańców. Wierzenica jest najpiękniejsza.

04.07.
Dziś o 5 rano byłam już na rowerze. Było kompletnie ciemno jeszcze. Pocztę w Christiansburg miałam ładną, zabytkową. Po ciemku pagórki po mieście. Od samego początku bardzo ciepło. Jeszcze w sumie noc była, a już 21 stopni… to nie wróżyło dobrego dnia. Jak to kiedyś usłyszałam: it is too hot to have a good day. No więc dziś na tapecie to, czego nie lubię. Trasa bardzo interwałowa. Ciągle ostre zjazdy i podjazdy/podejścia. Do tego dziury zabite dechami i nie było gdzie zjeść normalnego śniadania. Zjadłam więc po 70 km jazdy… chipsy. Dało mi to energię na kolejne 30 km pagórków. Co za rzeźnia! Mam teraz 101 km, 1043 m pionu, godz. 12.49 i… jem śniadanie. Frytki, cola i grzyby. Tylko to uznałam za jadalne. Z jedzeniem jest tu katastrofa ;). Miałam też teraz, tuż przed Buchanan, jakieś 7-9 km po drodze wysypanej luźnym żwirem. Fatalne to było do jazdy. Czy wspominałam już, że jest ciężko?

04.07
Czuję się chora od upału i stromych gór. Jestem w Lexington teraz, na liczniku 146 km i 1554 m pionu. Poważnie myślę o poczcie tu. A jest dopiero 18. Zbiera się na jakaś burzę. Jeśli tu nie zostanę, to potem mam aż 63 mile z praktycznie brakiem sklepów, poczt. To już będzie wjazd na Wezuwiusz, ponad 1000 m npm. Ostatnia bardzo duża góra wyścigu. Jeśli zdecyduję się jechać dziś dalej, to nocleg będzie na dziko, w namiocie. Zobaczę, jak będę się czuła po obiedzie. Jestem w jakiejś wykwintnej restauracji. Bo mają tu łososia, a ja lubię ryby.

05.07
Wczoraj dobry obiad i miła rozmowa postawiły mnie na nogi. Nie zostałam na tamtej poczcie, tylko pojechałam ponad 30 km dalej, lekko pod górę, do wsi Vesuvius. Poczta była tam maleńka i wszystko było widać z ulicy. Pojechałam więc kawałek dalej, pod kościół, i tam rozbiłam namiot. To było dobre, by nocować tuż pod góra, od rana zaczęłam wspinaczkę… pieszą. To bardzo ciężki podjazd. Normalnie do zrobienia w siodle. Ale nie po ponad 6000 km wyścigu. Pod koniec góry (4km marszu), spotkałam motocyklistę. Kibica TABR. Miał w kufrach chyba wszystko. Mi wystarczyło trochę arbuza i picie. Miłe spotkanie. Zjazd niejednorodny. Z elementami podjazdu. Od 11 godz. znowu spiekota. Masakra. Zajechałam do White Hall. 76 km, 1400 m pod górę. 13.50. Odpoczynek w klimatyzowanym sklepie. Pojechały tu za mną autem bardzo miłe dziewczyny, mówiły, że goniły mnie. Dostałam od nich ciastko i przepyszny napój przecierowy z truskawek i bananów 

06.07
Wczorajsza fotka z miłego spotkania z dziewczynami w White Hall. Wczoraj do końca dnia było gorąco. Charlottesville, duże i nieprzyjemne miasto. Ogromny ruch, wąskie, kręte i pagórkowate drogi. Koszmar. Dalej, już lepiej. Nadal są pagórki, jest ich sporo. Ruszyłam dziś o 5 nad ranem i od razu aż 24 stopnie… to nie wróży przyjemnego dnia…

07.07 – META. Marzena dziś ukończyła wyścig
Pozdrowienia z Yorktown!!! Jest meta! Dziś miałam przyjemność przejechać okolice Richmond razem z Holly. To przemiła dziewczyna, która jeździ na pięknej, tytanowej szosowce Lynskey. Zabrała mnie na pyszne śniadanie i przejechałyśmy razem ładny kawał drogi. Podczas śniadania namierzył nas jeszcze jeden kibic TABR. A potem, 63 km przed metą, dorwała mnie mega burza. Schowałam się… pod drzewem. Na chwil parę. Ale burza nie chciała się skończyć. Więc ruszyłam. 20 km w ostrej burzy. Lało tak, że samochody jechały powoli na światłach awaryjnych. A ja prawie nie widziałam drogi. Potem był już do końca normalny deszcz. A ja… cieszyłam się z tego. Bo przecież mogło być gorzej. Mógł być skwar. Na metę dojechałam około 21, po ciemku i w deszczu, 260 km. Nie było to łatwe zakończenie. No ale mam to! Ukończyłam Trans Am Bike Race!

Na mapie możemy śledzić w czasie rzeczywistym zmagania Marzeny

https://trackleaders.com/transam18i.php?name=Marzena_Szyma__ska